Studium pewnej zagadki logicznej, czyli dlaczego nasz świat jest tak pokręcony.

Na jednej ze stron na „żółtym” znajduje się pewna zagadka zatytułowana przez jej autora: „Bananowa algebra – tylko dla geniuszy”.

Dla tych z Państwa, którzy mają na to ochotę, proponuję, przed przejściem do dalszej treści notki spróbować, rozwiązać proponowaną tam „Bananową zagadkę”. Dopiero potem proponuję zapoznać się z komentarzami, a następnie z moją refleksją na ten temat i przy okazji inny, ogólniejszy.

Aby osób, skłonnych do zastosowania zaproponowanej przeze mnie kolejności czytania, nie kusiło do zajrzenia najpierw pod podany niżej link, wkleję tę zagadkę, tutaj:

Bananowa zagadka

Dla tych, którzy nie mają ochoty zabawić się w rozwiązanie zagadki, podaję link do strony z nią i komentarzami: https://www.salon24.pl/u/arkadiusz-jadczyk/803140,bananowa-algebra

Pod zalinkowaną notką wpisałam w pewnym momencie komentarz, który w miarę przybywania tam kolejnych rozwiązań zagadki wraz z uzasadnieniem, coraz bardziej miałam ochotę wykorzystać, jako notkę. Ostatecznie zmotywował mnie komentarz blogera @Robakks (22.08.2017 22:14) i znalezienie przez niego wierzchołka (punktu) banana. Trochę upraszczam, ale skoro można skomplikować nieskomplikowane, to czemu nie można uczynić odwrotnie? 🙂

Zajrzałam do notek blogera @Robakks i wygląda mi na to, że jest nim naukowiec, matematyk, który kilka swoich notek poświęcił tematowi punktów w matematyce. Wyciągam z tego faktu dodatkowy wniosek, że zawodowa profesja z pewnością szeroka i dogłębna w swej dziedzinie, odciska swoje piętno – zawęża możliwość dostrzegania spraw prostych, jasnych i nieskomplikowanych. To tak à propos wszelakich autorytetów zapraszanych raz do doradzania rządzącym, dwa – tłumaczącym nam, maluczkim, jak widzieć otaczający nas świat, czyli co widzieć, czego nie widzieć i jak tę rzeczywistość interpretować i nazywać. Czy się jej poddawać i do niej naginać, czy wręcz przeciwnie.

Nie jestem oczywiście przeciwniczką ani nauki, ani naukowców, wszak nie każde uproszczenie jest wskazane :))), ale są takie sprawy na ziemi, które od wieków mają swoje ugruntowane znaczenie i swoje stałe miejsce w życiu ludzi, a ich pomieszanie i relatywizowanie, podważanie absolutu i naginanie do bieżących celów propagandowo-politycznych powoduje chaos i zagubienie.

Oto ten komentarz:

„Dlaczego nasz współczesny świat, a raczej myślenie o nim i jego interpretacja, jest tak pokręcony? Dlaczego współczesny człowiek traci orientację i nie wie już, co to Dobro, a co Zło?

Dostaliśmy od Boga Dekalog. Prosty, jasny i niepozostawiający miejsca na dowolną interpretację. A co robi człowiek? Przy pomocy „nauki” nicuje, analizuje, „odwraca kota ogonem”, doszukuje się miejsca na swoje rozumienie Boskich nakazów. I co mu wychodzi? Ano to, że wszystko da się zrelatywizować, dostosować do aktualnych politycznych zapotrzebowań „inżynierów dusz”.  I mamy, np:

Czcij ojca swego i matkę swoją, ale…(i tu dowolny manipulant wstawia to, co akurat mu pasuje)

Nie zabijaj, ale…(jw.)

Nie cudzołóż, ale…(jw.)

Nie kradnij, ale…(jw.)

Nie mów fałszywego świadectwa przeciw bliźniemu swemu, ale…(jw.),

itd., itd.

Podobnie z „naszą” zagadką.

Z prostego zadania, którego zasady zostały określone słownie na wstępie i w trzech pierwszych wierszach, można, jak pokazały komentarze, uczynić problem nierozwiązywalny i posiadający prawie tyle rozwiązań, ile osób ją rozwiązujących.

Im bardziej skomplikowane i „naukowe” uzasadnienia kolejnych wyników zagadki, tym większy zamęt w głowach tych, którzy mają większe zaufanie do rozumowania innych osób, niż do własnego, tzw. zdrowego rozsądku.

Jednym słowem, im bardziej niejednoznaczna argumentacja tych osób, które podeszły do zagadnienia wieloaspektowo, tym większe zwątpienie (u niektórych) we własny rozum.

Czyż nie tak właśnie postępuje świat polityki?

Czyż nie dlatego skutecznie miesza się w głowach całych społeczeństw, które mają dziś ogromny problem z tzw. poprawnością polityczną, gdzie patriotyzm = nacjonalizm i faszyzm, obrona przed agresją jest ksenofobią i rasizmem, religia – oszołomstwem, zło jest dobrem, prawda kłamstwem, rozum – głupotą, itd.?”

Ciekawa jestem Państwa zdania na ten temat.

 

PS. Autor zagadki, jak dotąd, nie wypowiedział się niestety w kwestii jej prawidłowego rozwiązania. Ciekawa jestem, czy to w ogóle uczyni. Czekam z niecierpliwością.

PS.2 Wynik zagadki nie będzie miał jednak myślę większego znaczenia dla ogólnej refleksji, która mi się nasunęła po przeczytaniu komentarzy pod zalinkowaną notką.

Reklamy

Z cyklu – Mowa bałamutna – rozprawka nt. pojęcia NIEZALEŻNOŚĆ.

Wstęp do cyklu:

Niniejszym rozpoczynam serię notek „Mowa bałamutna”, w których przyjrzę się temu, jak wprowadzając chaos pojęciowy, z obiektywnie słusznych w odbiorze społecznym słów lub wprost przeciwnie – słów o jednoznacznie negatywnym znaczeniu – czyni się oręż do walki z cywilizacją łacińską i „buduje” „lepszy” świat i „lepszego” człowieka bez wartości określonych w Dekalogu, tym samym pozbawiając miliony ludzi jasnego osądu dobra i zła.

Przyjrzę się temu, jak przy pomocy tego chaosu próbuje się zawładnąć umysłami i duszami całych społeczeństw niszcząc dotychczasowy porządek rzeczy poprzez wychowanie „nowego”, bezmyślnego, ale posłusznego człowieka po to, aby zaprowadzić Nowy Porządek Świata (NWO).

Jedną z metod kształtowania „nowego człowieka” jest wprowadzanie chaosu pojęciowego, np. poprzez stosowanie określeń nieadekwatnych do sytuacji rzeczywistej i prawnej, odbierających tym samym sens i logikę stosunkom społecznym i zasadom nimi rządzącym. Ma to wywoływać i wywołuje w społeczeństwach wrażenie/przekonanie, że nic na tym świecie nie jest oczywiste, że wszystko można zrelatywizować, zmanipulować, zakłamać, a wszelki opór nie ma szans, bo „każdy medal ma dwie strony”. Przekonanie, że nawet, jeśli się sprzeciwimy, to nic nie da się zmienić, a tylko może nas spotkać sankcja za bunt przeciw takim praktykom, zwanym przez „wtajemniczonych” poprawnością polityczną.

A przecież: „niech wasza mowa będzie tak tak nie nie, a co nadto jest, od złego pochodzi”. O tym pamiętajmy i tego się trzymajmy.

 

***

Na początek wezmę słowo NIEZALEŻNOŚĆ i wiele jego synonimów (określeń bliskoznacznych), jak samodzielność, suwerenność, niezawisłość, autonomia, itp. (w internetowym słowniku synonimów https://synonim.net/synonim/niezale%C5%BCny  naliczyłam ich 111).

Jest to bowiem, po terminach równość i tolerancja, kolejne modne słówko, jakim znaczna część polityków i komentatorów szermuje w debacie polityczno-medialnej próbując okładać nim przeciwników politycznych m.in. w ten sposób mieszając w głowach tzw. zwykłym ludziom.

Od razu napiszę, że wg mojego rozumienia zadań wykonywanych przez osoby i instytucje państwa działające w przestrzeni publicznej, termin ten (niezależność) i jego synonimy nie są, a nawet nie mogą być w pełni realizowane choćby dlatego, że w przyrodzie, a to ona jest naturalnym środowiskiem człowieka, nie występuje takie zjawisko, jak pełna niezależność.

 

Najpierw trochę oczywistości.

Cały Kosmos jest przykładem zależności form i zjawisk. Ziemia i wszystko, co się na niej znajduje – materia ożywiona i nieożywiona podlega zależnościom.

Materia ożywiona to człowiek, fauna i flora.

Wszystkie te byty materii ożywionej są uzależnione zarówno od czynników zewnętrznych – przyroda i zachodzące w niej zjawiska, jak i od warunków wewnętrznych (osobniczych) – instynkt, przystosowanie do środowiska oraz kondycja osobnicza.

Człowiek, to najwyżej zorganizowany materialny byt na Ziemi, który będąc uzależnionym w podobny sposób, jak cała materia ożywiona, od przyrody i jej zjawisk oraz od warunków osobniczych – instynkt, przystosowanie do środowiska, kondycja osobnicza, jest także uzależniony od rozumu, świadomej woli i ducha (wyznawane wartości wyższe), których nie posiadają fauna i flora.

Człowiek tworzy wiele grup społecznych wzajemnie się przenikających i wzajemnie na siebie oddziałujących. Najmniejszą i najbardziej podstawową komórką społeczną, jaką tworzy człowiek, jest rodzina. Najbardziej zaś skomplikowaną i najwyższą formę organizacji społecznej stanowi państwo.

Motywem prowadzącym do tworzenia i obrony istnienia państwa jest organizowanie się ludzi wokół wspólnych celów i interesów wynikających z miejsca (terytorium) oraz wspólnego kodu kulturowego danej społeczności tworzącej państwo. Wspólnym kodem jest historia, tradycja, język, wyznawane przez wieki wartości, a celem – tworzenie i korzystanie z warunków umożliwiających realizację dążności do ich (społeczeństwa) i jego (państwa) pożytku i rozwoju, zarówno indywidualnego, jak i zbiorowego.

Najbardziej pożądana przez ogół społeczeństwa definicja państwa, wg mnie, brzmi zatem tak:

Państwo to terytorium i ludzie je zamieszkujący podlegający jednolitym przepisom wypracowanych przez nich zasad prawa, połączeni wspólnym kodem i celem, gotowi je tworzyć, udoskonalać, rozwijać i stawać w jego obronie.

Na świecie są różne rodzaje państw ze względu na ustrój polityczny, ale każdy z nich opiera się na zależności ich organów. Tylko w monarchiach absolutnych cała władza jest w rękach monarchy, ale też tylko teoretycznie, bo w praktyce zależna jest od doradców oraz lojalności osób władzę absolutną realizujących. Przykładów na taką zależność, zakończoną w wielu przypadkach śmiercią monarchy, można znaleźć w historii świata całe multum.

Nikt nie żyje w próżni i każdy jest w jakiś sposób zależny od innych ludzi oraz od warunków wewnętrznych (cechy osobnicze) i zewnętrznych (otaczający świat i jego prawa).

Żona zależna jest od męża, mąż od żony, dzieci od rodziców. Pracownik zależny jest od pracodawcy. Uczeń zależny jest od nauczyciela, nauczyciel od dyrektora, dyrektor od kuratora oświaty, kurator od ministra oświaty, minister od premiera, premier od parlamentu, parlament od wyborców, wyborcy (a więc i wszyscy wymienieni wcześniej) od prawa, itd., itp.

Podobnie rzecz się ma w każdej dziedzinie życia społecznego.

Ponieważ słowo/pojęcie, które stało się powodem napisania przeze mnie tej notki, czyli NIEZALEŻNOŚĆ, jest ostatnio głównie wykorzystywane w walce przeciwko partii PIS, (przypominam, powołanej w demokratycznych wyborach do sprawowania legalnej władzy w Polsce), to w odniesieniu do tej partii spróbuję uzasadnić, dlaczego krytykuję podnoszenie tej cechy do rangi niemalże fetyszu i do „walenia po głowach” wyłonionego z tej partii rządu oraz prezydenta.

 

Tworzenie się partii politycznej.

Aby powstała partia polityczna (stowarzyszenie polityczne) najpierw musi być człowiek, który na taka partię ma pomysł (program). Znajduje on ludzi o podobnych poglądach, którzy ten program popierają, uważają za swój i wtedy wspólnie poszukują i znajdują kolejne osoby gotowe włączyć się w taki projekt. Gdy projekt ten spełni wszystkie wymogi prawne obowiązujące w państwie, zakładają partię i starają się pozyskać jak najwięcej jej członków i zwolenników. W naturalny sposób przywódcą partii staje się jej pomysłodawca i inicjator.

Wypracowują wspólnie statut (prawo obowiązujące wszystkich członków), określają szczegóły programu i przystępują do osiągnięcia celu.

Celem zaś każdej partii politycznej jest wygranie wyborów i pozyskanie władzy, aby leżący u podstaw powstania partii program móc realizować.

Taka partia, to zatem twór polityczny w pewnym stopniu podobny do tworu, jakim jest państwo – jest terytorium, jest wspólny kod genetyczny (program zbudowany na bazie wyznawanych wartości), prawo, władza (kierownictwo partii z liderem na czele) i jest wspólny cel.

I teraz, czy partia może być w pełni NIEZALEŻNA i czy niezależni mogą być jej członkowie? Otóż moim zdaniem nie może i nie mogą.

Partia jest bowiem zależna od obowiązującego w państwie prawa, od statutu partii, czyli przyjętego w niej prawa wewnętrznego oraz od oczekiwań dużej (znaczącej) liczby (nie grupy) osób, którym ten program się podoba (społeczeństwa – potencjalnych wyborców), bo to od nich będzie zależało, czy dana partia osiągnie swój cel – prawo do realizacji swego programu, czyli prawo do rządzenia.

Członkowie partii zaś oprócz tego zależni są również od kierownictwa partii, czyli także od jej lidera. W przypadku partii PIS jest nim Jarosław Kaczyński.

Absurdem jest żądanie od lidera partii, którą on założył mając pomysł na jej program i realizację oraz dla osiągnięcia tej realizacji zgrupował wokół siebie ludzi o podobnych (takich samych) poglądach na oczekiwania społeczne i politykę, aby po osiągnięciu połowy celu – doprowadzeniu do utworzenia partii politycznej – nagle zrezygnował z wpływu na osiągnięcie celu głównego, czyli zdobycie władzy i realizowanie programu, który legł u podstaw utworzenia partii (zawołanie w czasie kampanii wyborczej: „schowajcie J. Kaczyńskiego”).

Absurdem jest żądanie, aby po zdobyciu władzy przez partię, jej lider zrezygnował z wpływu na realizację tegoż programu, zapewniając członkom „swojej” partii całkowita swobodę i NIEZALEŻNOŚĆ w działaniu, czyli tzw. granie na siebie.

 

Rząd wyłaniany przez zwycięską w wyborach partię.

Jeśli partia, czyli de facto deklarowany program, uzyska duże poparcie społeczne, jej przedstawiciele uzyskają mandaty do parlamentu, czyli uzyskają prawo do udziału w rządzeniu państwem. Im to poparcie jest większe, tym ten udział jest większy, aż do uzyskania pełnej władzy. Jeśli partia wybory wygra i zdobędzie prawo do zaproponowania składu rządu, to partia pod przewodnictwem jej lidera dokonuje wyboru kandydatów na premiera i poszczególnych ministrów. Jeśli wygrała wybory i posiada stosowną większość w parlamencie, jej kandydatury są przez ten parlament przyjmowane i stanowią realną i legalną władzę w państwie.

W momencie objęcia stanowisk premier oraz ministrowie nie stają się nagle NIEZALEŻNI. Nadal są bowiem zależni od swojej partii, której są przedstawicielami na odcinku rządzenia, a także pozostają w mocy wszystkie dotychczasowe uzależnienia (od prawa ogólnego, wewnętrznego i od oceny wyborców). Dochodzi jeszcze do tego uzależnienie od oceny przez parlament.

Absurdem jest żądanie opozycji od lidera, aby ten po zdobyciu władzy przez partię zrezygnował z wpływu na realizację tegoż programu, zapewniając premierowi i ministrom (zaakceptowanym przez parlament, czasami przede wszystkim głosami posłów, których wcześniej desygnował, jako kandydatów do parlamentu po to, aby realizowali program partii) całkowita swobodę i NIEZALEŻNOŚĆ w działaniu na tych stanowiskach.

Członkowie rządu obejmują stanowiska tylko dlatego, że najpierw wstępując do partii, a potem godząc się na objęcie stanowisk rządowych, przyjęli/zaakceptowali program partii i deklarowali pracę na jego rzecz.

Podobnie, absurdem jest oczekiwanie/żądanie opozycji od członków rządu (przedstawicieli danej partii) NIEZALEŻNOŚCI od jej lidera i jej samej, czyli faktycznie od programu, który zyskał poparcie wyborców i pozwolił jej (partii) objąć rządy w państwie.

Lider nie po to zakładał partię, a potem desygnował swoich reprezentantów (przedstawicieli) na członków rządu, aby po wyborze osoby te realizowały samodzielną politykę, niekompatybilną z założeniami programowymi partii, która ich wyłoniła, czyli stali się, wg żądań opozycji, NIEZALEŻNYMI.

Niezależnymi bowiem od czego? Od programu partii, do której wstąpili dobrowolnie, ponieważ program ten znalazł ich poparcie i chcieli dążyć do celu, czyli objęcia władzy, aby ten program realizować? Teraz mieliby już nie chcieć, a mieć inne cele? Np. mieliby chcieć realizować cele opozycji kontestującej program partii, która objęła rządy? To przecież byłaby schizofrenia polityczna.

Byłoby to absurdalne i przeczyło samym założeniom powstawania i istnienia partii politycznych. Przeczyłoby zasadom ustroju demokratycznego.

Nie znaczy to wcale, że lider ma premiera i ministrów „prowadzić za rączkę”, w ramach realizacji programu partii rząd ma i musi mieć swobodę, ale niedorzecznością jest oczekiwanie opozycji, aby rząd prowadził NIEZALEŻNĄ od partii politykę, np. taką, która będzie się podobała opozycji z założenia totalnej. Ma się podobać tym, którzy na tę partię głosowali, jej zaufali i oczekują realizacji programu, który partia przedstawiła w kampanii wyborczej. Takie są zasady demokracji.

Medialne zarzuty przeciwników rządzących z partii PIS, że premier lub ministrowie są zależni od lidera partii, która ich wytypowała na swoich przedstawicieli, są więc całkowicie pozbawione sensu i nie mają nic wspólnego ani z logiką ani z demokracją.

 

Kandydat na prezydenta państwa wygrywa wybory.

W krajach o ustroju demokratycznym istnieje co najmniej kilka partii politycznych o różnych programach, czasami częściowo podobnych. Każda z partii ma prawo w określonym czasie i trybie wyłonić spośród swoich członków swego kandydata na urząd prezydenta państwa.

Oczywistym jest, że partia wybiera takiego kandydata, który wg niej (lider, kierownictwo partii) i deklaracji samego kandydata, podziela założenia programowe partii, jeśli wybory wygra, będzie sprawował swój urząd zgodnie z jej programem w zgodzie i porozumieniu z wyłaniającą go partią, której główną postacią, czy się toopozycji totalnej podoba, czy nie, jest jej lider. W przypadku PIS przypominam jest to znienawidzony przez totalną opozycję Jarosław Kaczyński.

Założenie, a nawet w wydaniu totalnej opozycji żądanie, że kandydat ma stać się po sukcesie wyborczym NIEZALEŻNYM od tego programu i zechce prowadzić SAMODZIELNĄ, AUTONOMICZNĄ politykę, różną od tej, którą akceptował, gdy do partii wstępował i godził się na kandydowanie na najwyższy urząd w państwie, jest równie absurdalne, jak oczekiwanie od członków rządu wyrzeczenia się realizacji założeń programowych ich macierzystej partii.

A więc reasumując, ani prezydent ani rząd w ustroju demokratycznym nie są i nie mogą być bytami NIEZALEŻNYMI i prowadzić polityki autonomicznej w stosunku do partii, która ich wytypowała na te stanowiska.

W przeciwnym przypadku, jeśli ktoś uważa inaczej, a więc każdy, kto zarzuca członkom rządu lub prezydentowi zależność od partii, czy w szczególności od jej lidera, oznacza to, że jest przeciwnikiem ustroju demokratycznego, a nadto jest przeciwnikiem tzw. zdrowego rozsądku.

STOPIEŃ ŚWIADOMOŚCI I ATAK NA NIĄ CZYLI POLITYCZNA POPRAWNOŚĆ.

Zdolność jednostek bycia świadomym, a więc i osiągany przez nie stopień świadomości, są różne i zależne od wielu czynników.

Zdolność bycia świadomym, czyli zdolność zdawania sobie sprawy w kategoriach pojęciowych z tego, co jest przedmiotem postrzegania, doznawania; najwyższy poziom rozwoju psychicznego charakterystyczny dla człowieka; zdolność umysłu do odzwierciedlania obiektywnej rzeczywistości, uwarunkowana społecznymi formami życia człowieka i ukształtowana w toku jego historycznego rozwoju (…) (Słownik języka polskiego, red. prof. M. Szymczak, PWN, Warszawa 1989) implikują czynniki wewnętrzne, jak inteligencja, otwarty umysł, wiedza (choć niekoniecznie wykształcenie), zdolność do samodzielnego myślenia, odporność na wpływy, zdolność do przeżywania doznań i stanów emocjonalnych i in.

Stopień świadomości natomiast, oprócz warunków wewnętrznych jednostki, determinowany jest także przez czynniki zewnętrzne, takie jak dostęp do wiedzy, środowisko, wychowanie, tradycja, doświadczenie życiowe itp.

Stopień świadomości jednostek składa się na stopień świadomości całych narodów i społeczeństw i to on, obok siły militarnej, stanowi o sile państwa, jako całości.

 Aby więc skutecznie napaść na państwo i je pokonać, wystarczy zaatakować tę świadomość, a społeczeństwo poddane manipulacyjnej technice obróbki świadomości jego obywateli, jeśli nie spostrzeże się w porę, uda się wepchnąć w ramy pożądane przez agresora, osłabić, a nawet zniwelować chęć obrony, bo dzięki zmianie świadomości agresor przestaje być, jako taki postrzegany.

Przy zastosowaniu odpowiednich technik manipulacyjnych, tzw. inżynierii społecznej, dysponując aparatem medialnym, agresor jest w stanie dużo taniej, niż w przypadku użycia siły militarnej, ciszej, bardziej ekologicznie i praktycznie bez oporu zawładnąć zaatakowanym państwem.

Państwo i jego społeczeństwo, które uległo manipulacyjnym technikom zmiany świadomości, staje się całkowicie bezbronne, i zanim się spostrzeże już jest pokonane. Dzięki zmianie świadomości pożądanej przez agresora społeczeństwo zatraca bowiem instynkt samozachowawczy, przestaje widzieć zagrożenia dla swojej wolności i tożsamości, a nawet, jeśli część społeczeństwa je dostrzega, to te obawy dzięki technikom manipulacyjnym i narzuconej wcześniej autokontroli świadomości, są przez agresora tłumione i bagatelizowane, a osoby oporne ośmieszane, poddawane ostracyzmowi, a w ostateczności – eliminowane ze społeczeństwa.

 

Agresorem wcale nie musi być sąsiednie państwo i na ogół nie jest. W czasach współczesnych agresorami stały się międzynarodowe służby, korporacje i banki. Tym bardziej agresja militarna musiała zostać zastąpiona gwałtem na świadomości całych narodów, aby bez jednego wystrzału możliwe stało się zawładnięcie potencjałem ekonomicznym (przemysł, bogactwa naturalne, ziemia, woda i finanse) napadniętego państwa.

Atak na świadomość odbywa się przy użyciu rozmaitych mechanizmów wpływu na wielu płaszczyznach, w wielu wymiarach i na wiele sposobów. Jednym z nich jest tzw. polityczna poprawność. Dzięki jej zastosowaniu eliminuje się wszelkie przejawy oporu, natychmiast uruchamiając machinę propagandy medialnej oraz polityczne naciski na państwo próbujące bronić się przed taką agresją. Jeśli społeczeństwo napadniętego państwa jest już wystarczająco przeformatowane świadomościowo samo będzie napiętnować wszelkie próby obrony u swych współobywateli. Można to zjawisko porównać do choroby autoimmunologicznej, w której układ immunologiczny (odpornościowy) organizmu niszczy własne komórki i tkanki w efekcie doprowadzając organizm do śmierci.

 

Cywilizacja chrześcijańska opiera się na jasno sprecyzowanych zasadach, których przestrzeganie zabezpiecza skutecznie przed atakiem na świadomość. Określa jasno i bezdyskusyjnie kanony obowiązujących zasad i wartości. 10 przykazań wystarczy, aby ochronić społeczeństwo i państwo przed unicestwieniem w postaci opisanych powyżej metod współczesnej agresji. Dotyczy to jednak tylko tych społeczeństw, które pozostają wierne tej cywilizacji i jej nienaruszalnym prawom. Społeczeństwa, które wyparły się tych zasad i wartości stoją dziś na granicy upadku, z którego raczej się nie podniosą. Musiałyby bowiem natychmiast powrócić do korzeni, ale niestety obserwacja degradacji Europy Zachodniej raczej nie nastraja optymistycznie.

Czy Polska obroni się, mimo, iż jesteśmy poddawani bezwzględnym naciskom i szantażom, czy pozostanie wierna wartościom cywilizacji łacińskiej, nie da się pokonać poprawności politycznej i będzie pamiętać, że „Tak, tak; nie, nie. A co nadto jest, od Złego pochodzi” w dużej mierze zależy od nas samych.

Obóz patriotyczny po 24 lipca 2017 roku

Obóz patriotyczny, mam na myśli wyborców i szeregowych działaczy, po „zagraniu” p. Prezydenta, podzielił się na*:

1 Zdezorientowanych „obserwaczy”

a) zaklinających rzeczywistość i mających nadzieję, że to, co zobaczyli i usłyszeli znaczy co innego, niż zobaczyli i usłyszeli,

b) zdystansowanych, biernie oczekujących na dalszy bieg zdarzeń.

 

2 Ufających Prezydentowi A. Dudzie

wbrew faktom mających nadzieję, że jest to jakaś przemyślana, korzystna dla Polski gra zespołowa PISu i PADa.

 

3 Manipulatorów (z przekonania lub dla innych sprzecznych z interesem Polski celów)

próbujących wmówić zdezorientowanym „obserwaczom”, że są głusi i ślepi, bo to, co zobaczyli i usłyszeli w rzeczywistości znaczy co innego, niż zobaczyli i usłyszeli.

 

4 Niegłusich i nieślepych,

zdających sobie sprawę, co tak naprawdę się wydarzyło i jak groźna jest obecna sytuacja.

 

Losy Polski i Jej niepodległości zależą teraz w bardzo dużym stopniu od tych, którzy z grozy sytuacji w pełni zdają sobie sprawę i w związku z tym, czy będą potrafili zmobilizować wokół rządu Beaty Szydło wystarczająco wielkie poparcie społeczne.

Zgadzam się w pełni z oceną sytuacji, którą przedstawił Dr J. Targalski w wywiadzie dla TV Republika – dzięki @anoX za link do tego wywiadu.

Pytanie:

czy będziemy potrafili zmobilizować się przynajmniej na miarę obrony TV Trwam i czy zrobimy to natychmiast, czy też pozwolimy, aby po raz kolejny w naszej historii o losach Polski i Polaków zdecydowali obcy?

 

* uprzedzam ewentualne oburzenie blogerów PT, gdyż takiego wyróżnienia dokonałam na podstawie lektury wielu portali (także S24), a nie tylko PT, gdzie w sprawie obecnej sytuacji wypowiedziało się, jak dotąd, tylko kilku blogerów i np. manipulatorów nie zauważyłam 🙂 .

„Jedno dziecko mniej na świecie jest „lepsze” niż setki osób decydujących się na segregację śmieci. „

Przez przypadek natrafiłam dziś na coś takiego:

„Posiadanie mniejszej liczby dzieci to najlepszy sposób na walkę ze zmianami klimatu” przekonują szwedzcy badacze. Jedno dziecko mniej na świecie jest „lepsze” niż setki osób decydujących się na segregację śmieci.

Doszliśmy do wniosku, że są cztery środki umożliwiające decydujące zmniejszenie osobistej produkcji dwutlenku węgla: dieta wegetariańska, rezygnacja z podróży samolotem i samochodem oraz… robić mniej dzieci – powiedział cytowany przez austriacki portal Kurier.at Seth Wynes ze szwedzkiego Uniwersytetu w Lund.

Jak wyliczyli tamtejsi badacze, rezygnacja z używania samochodu mogłaby pozwolić każdemu na zmniejszenie rocznej emisji dwutlenku węgla o ponad 2 tony. Dieta wegetariańska pozwalałaby na dalszą obniżkę „gazu cieplarnianego” o 0,8 tony rocznie, a rezygnacja z podróży samolotami – o 1,6 tony.

Jednak najskuteczniejszym środkiem walki ze zmianami klimatu jest po prostu… rezygnacja z posiadania dzieci. Jak podaje Kuriet.at, zdaniem Szwedów każde dziecko, które „nie przyjdzie na świat”, to o 58,6 ton dwutlenku węgla rocznie mniej. „Amerykańska rodzina, która decyduje, że będzie mieć mniej dzieci, robi dla ograniczenia emisji CO2 tyle samo, co 684 nastolatków, którzy przez resztę życia chcą systematycznie segregować śmieci”, napisali badacze w artykule opublikowanym kilka dni temu na łamach fachowego amerykańskiego czasopisma „Enviromental Research Letters”.

By dojść do powyższych wniosków, szwedzcy uczeni ocenili 39 badań naukowych oraz raportów rządowych. Przeanalizowali też podejmowane przez władze USA, Kanady, Australii i Europy środki przeciwdziałania zmianom klimatu. Stwierdzili, że wszystkie wprowadzane dotychczas obostrzenia są mniej skuteczne, niż polecana przez nich strategia. Przykładowo wykorzystywanie energooszczędnych żarówek oraz świadoma segregacja śmieci jest od czterech do ośmiu razy mniej skuteczna, niż dieta wegetariańska.

Źródło: kurier.at

Pach

http://www.bibula.com/?p=96840#utm_source=rss&utm_medium=rss

 

„Ludzie nie mogą mieć tyle dzieci, jeśli chcą uniknąć katastrofalnych zmian klimatycznych” – pisze w swojej najnowszej publikacji etyk Travis Rieder z Johns Hopkins University.

Jego zdaniem liczba ludności na świecie „musi się skurczyć, aby zachować klimat”.

Inny naukowiec i wynalazca Robert Zubrin przypomina, że panujące 1000 lat temu wyższe temperatury przyniosły ludziom… dobrobyt.

W książce pt. „Toward a Small Family Ethic: How Overpopulation and Climate Change Are Affecting the Morality of Procreation” (W kierunku etyki małej rodziny. W jaki sposób przeludnienie i zmiany klimatyczne wpływają na moralność prokreacji), Rieder przekonuje, że nie chce przymusowych aborcji i sterylizacji. Jednak krytycy uważają, że jego książka zawiera szereg sugestii, które mogą zachęcać do podjęcia rasistowskich i totalitarnych działań.

– Podnoszone w niej argumenty sugerują, że nasza przyszłość będzie lepsza, jeśli ograniczymy liczbę dzieci w Afryce i będziemy mieć mniej kolorowych dzieci w Ameryce – wyjaśnia ekonomista i demograf Nicholas Eberstadt z American Enterprise Institute. – Są to najszybciej rozwijające się grupy w naszej globalnej populacji i populacji USA – dodaje.

Rieder chce surowo karać rodziny wielodzietne. – Istnieje 19 milionów adoptowanych sierot i grożą nam katastrofalne zmiany klimatyczne. Zwiększanie liczby dzieci na świecie szkodzi klimatowi i jeśli wspólnie nie podejmiemy działań, by temu zapobiegać, może się okazać, że powołanie tych dzieci na świat ostatecznie nie będzie dla nich dobre – stwierdził etyk w rozmowie z agencją Bloomberg na początku tego miesiąca.

Już od pierwszych stron swojego opracowania, wykładowca amerykańskiej uczelni roztacza czarne wizje przyszłości. Pisze, że świat nie jest skłonny do zmiany zasad konsumpcji i produkcji, dlatego „jedynym innym sposobem zapobieżenia katastrofie jest posiadanie mniejszej liczby dzieci”. Rieder wyjaśnia, że to wystarczy, by powszechnie edukować ludzi na temat planowania rodziny, zwłaszcza jak skutecznie obniżyć wskaźnik urodzeń.

Etyk uderza w rodziny, które ze względu na przekonania religijne, nie stosują środków antykoncepcyjnych i mają dużo dzieci. Jeśli chodzi o katolików, mormonów i „ultra ortodoksyjnych Żydów”, Rieder pisze: „Cóż (…) po dokonaniu takiego wyboru pojawiają się koszty. Trzeba zapłacić za to w jakiś sposób”. Proponuje wprowadzenie wysokich podatków dla rodzin, mających więcej niż jedno dziecko.

Reggie Littlejohn, prezes Praw Kobiet Bez Granic komentując tezy zawarte w publikacji etyka przypomniała: Chiński rząd chwalił się w 2009 roku, iż „wskutek polityki jednego dziecka ograniczono emisję dwutlenku węgla odpowiedzialną za globalne ocieplenie”. Tłumaczono, że udało im się ograniczyć 1,83 mld ton dwutlenku węgla. Chińczycy nie powiedzieli jednak, że pozbawili życia 400 milionów osób. Littlejohn dodała, że cel swój Pekin osiągnął poprzez politykę przymusowej aborcji i sterylizacji.

Robert Zubrin, znany amerykański wynalazca i inżynier astronautyczny wyjaśnia, że wzrost obecności węgla w atmosferze może być dobrą rzeczą. Gdy 1000 lat temu na ziemi panował okres wyższych temperatur, to „te wysokie temperatury nie były katastrofą”. – Wręcz przeciwnie – mówił – historycy uważają, że przyczynił się on w istotny sposób do wzrostu populacji i dobrobytu w Europie w okresie wczesnego średniowiecza. Owies i jęczmień hodowano w Islandii i w Norwegii, pszenicę- na Grenlandii, a kanadyjskie lasy rozprzestrzeniły się kilkadziesiąt kilometrów dalej na północ.

Dodał, że jeśli chodzi o dwutlenek węgla, to jest on niezbędny do przeprowadzania przez rośliny procesu fotosyntezy, w wyniku którego powstaje tlen.

– Ludzka działalność przemysłowa związana z emisją dwutlenku węgla może mieć niewielki wpływ na klimat i w dodatku pozytywny na wzrost roślin na całym świecie; Jedno z badań wykazało wzrost o 14 proc. Inne badania przewidują wzrost o 24 procent zarówno dzikich, jak i uprawnych roślin, jeżeli dwutlenek węgla osiągnie poziom prognozowany na koniec XXI wieku – tłumaczy Zubrin, który konkluduje, że „ludzie nie szkodzą planecie, ale czynią Ziemię bardziej płodną”.

Źródło: lifesitenews.com
AS
http://www.pch24.pl

http://www.bibula.com/?p=90198

 

Od zawsze zastanawiam się, jak to jest możliwe, że garstka psychopatów jest w stanie wpływać na mentalność i losy miliardów ludzi. Wiem, wiem – kasa, wpływy, ale przecież Pan Bóg dał ludziom rozum, wolną wolę, a także Dekalog. Istnieje też coś takiego, jak instynkt samozachowawczy. Mimo to, ludzie w swej przeważającej masie dają się manipulować i dominować osobnikom ucieleśniającym samo ZŁO. Na zdrowy rozum ludzie tacy, jak Hitler, Kaligula i wielu innych anormalnych zbrodniarzy znanych nam z historii świata, czy pseudonaukowcy powinni zostać poddani przymusowemu leczeniu psychiatrycznemu, a na pewno nie powinni mieć najmniejszego wpływu na losy innych ludzi. Tak się jednak nie dzieje. Umysłowi i psychiczni dewianci znajdują swoich zwolenników, naśladowców i popleczników. Terroryzują miliony, miliardy ludzi, którzy nie są w stanie się przed tym obronić i temu skutecznie przeciwstawić. Brak im, no właśnie, czego im brak?

Podobnie dzieje się dziś w Europie w związku z zalewem islamistów, a w Polsce w związku z reformami rządu PIS. 70% (inne źródła mówią nawet o 80%) społeczeństwa domaga się gruntownej reformy sądownictwa w Polsce, a stosunkowo niewielka grupa krzycząc i tupiąc próbuje te rządy i te reformy znokautować dążąc do przywrócenia dominacji nad całym społeczeństwem grupki mafijnych oligarchów. I te 80% społeczeństwa jest bezradne?

 

 

Gdzie jest prawda, a gdzie zaczyna się manipulacja w Kościele Katolickim?

Przytaczam dwa diametralnie różne przykłady (jest ich oczywiście więcej) wypowiedzi kapłanów katolickich dotyczące rozumienia Pisma Świętego i widzenia rzeczywistości w aspekcie islamskiego tsunami w Europie.

KS. STANISŁAW MAŁKOWSKI dla „Frondy”: CZY WIERZYĆ KSIĘŻOM CHCĄCYM W POLSCE IMIGRANTÓW?

Tomasz Wandas, Fronda.pl: Czy istnieje cień szansy, na to, iż migranci się zasymilują pod wpływem naszych reakcji, działań?

Ks. Stanisław Małkowski: Asymilacja tych ludzi w kręgu naszej kultury jest niemożliwa, widzimy to po owocach, które przynoszą przebywając na naszych ziemiach – ciągłe zagrożenie i ataki terrorystyczne. Migranci tworzą w Europie Zachodniej enklawy, w których rządzą się własnymi prawami, sprzecznymi z prawem naturalnym i stanowionym w Europie. Następnie wielu z nich organizuje krwawe zamachy manifestując tym samym swoją wrogość do naszej tradycji i kultury europejskiej.

A gdyby tak uczyć dzieci muzułmańskie, że nie wolno zabijać?

Jedno z dzieci muzułmańskich powiedziało do siostry zakonnej, że bardzo ją lubi – dlatego obiecuje jej, że jak przyjdzie stosowna chwila , to zabije ją szybko, aby nie musiała bardzo cierpieć… Formacja dzieci, które przebywają masowo wraz ze swoimi rodzinami do Europy trwa, od samego początku są one wychowywane przez swoich rodziców tak, aby zachowywać w sercu wrogość do Europejczyków. Po wielu latach zakorzeniona wrogość z pewnością wyda owoce w postaci kolejnych ataków terrorystycznych. Zapewnienia PO na czele z byłą premier Ewą Kopacz o tym, że migranci nie stanowią zagrożenia i że trzeba ich przyjmować, są szkodliwe i bezsensowne.

Co mają sądzić ludzie, gdy słyszą w telewizji ks. Sowę, czy biskupa emeryta Pieronka, którzy zachęcają do otwarcia się na migrantów?

Kłamią i wprowadzają opinię publiczną w błąd. Wprowadzają w błąd tych, którzy naiwnie i bezkrytycznie słuchają ich kłamliwych opinii. To, że jakiś ksiądz czy nawet biskup, coś mówią, nie oznacza, że mamy wyłączyć swój rozsądek. Jeden czy drugi duchowny – może się tak zdarzyć, że będzie wypowiadał się bezrozumnie i wbrew wierze – zatem wszyscy powinni być czujni i krytyczni.

Rozumiem zatem, że wierzący, pobożny katolik może w pewnych kwestiach nie zgodzić się z księdzem, a nawet z biskupem?

Jeśli ma odwagę, oczywiście. Ja osobiście bardzo lubię ludzi odważnych, dlatego cenię ich i popieram, gdy głośno wyrażają swoje odmienne zdanie. Kapłani i biskupi natomiast różnie się wypowiadają, natomiast jeśli media wyłapują tylko jedne opinie, często właśnie te, które nie przysługują się Kościołowi, to faktycznie społeczeństwo może czasem czuć się zdezorientowane.

Coraz częściej antyterroryści podkreślają, że mamy do czynienia wręcz z wojną religijną w Europie. Czy faktycznie?

Mamy do czynienia z wojną antyreligijną, którą wypowiedzieli ideolodzy islamscy, gdyż islam ciężko nazwać w ogóle religią.

Co zatem możemy zrobić, aby skutecznie się obronić?

Modlić się i publicznie dawać świadectwo swojej wiary. Ponadto starajmy się wpływać na nasze władze, aby nie ulegały żadnym naciskom, czy szantażom ekonomicznym.

Dziękuję za rozmowę.

http://www.fronda.pl/a/ks-stanislaw-malkowski-dla-frondy-ideolodzy-islamscy-wypowiedzieli-nam-wojne-antyreligijna,93513.html

 

ABP STANISŁAW GĄDECKI Przewodniczący Konferencji Episkopatu Polski podczas odpustu Matki Bożej Ucieczki Grzeszników w Wieleniu w archidiecezji poznańskiej 2 lipca w niedzielę podjął temat uchodźców i migrantów.

Jego kazanie zostało uznane, jako instrukcja dla wiernych, mających przyjmować uchodźców.

TREŚĆ HOMILII:

Witaj, która odradzasz tych, co są w grzechu poczęci,
Witaj, przebaczenie niosąca dla wielu grzeszników,
Witaj, odpędzająca tego, co dusze uwodzi,
Witaj, któraś kąpielą obmywającą sumienia.
(z Akatystu)
I znów – jak co roku – przybywamy do Ciebie, Matko Jezusa i nasza Matko, do Twego wieleńskiego sanktuarium, aby tutaj odnowić i wzmocnić nasze siły duchowe. Aby od Ciebie uczyć się prawdziwie chrześcijańskiej postawy wobec ludzi i świata.
W takim duchu wsłuchujemy się w dzisiejsze czytania liturgiczne, które sugerują nam rozważenie trzech spraw: gościnności okazanej prorokowi, gościnności okazywanej uczniom Chrystusa, i wreszcie gościnności okazywanej przez chrześcijan uchodźcom i migrantom.

  1. GOŚCINNOŚĆ OKAZANA ELIZEUSZOWI (2 Krl 4,8-11.14-16a)

Na kartach Biblii możemy znaleźć różne prawa i opowiadania związane z tematem gościnności; z kwestią przyjmowania obcych ludzi do swojego domu. A chociaż w Starym Testamencie nie znajdziemy wprost technicznego terminu „gość”, to znajdziemy tam inne, pokrewne wyrażenia (takie jak obcy, cudzoziemiec, przybysz, współosiadły, drugi, spoza Izraela, inny, obcokrajowiec). Co najważniejsze jednak to fakt, że aż 36 razy w Biblii Hebrajskiej pojawia się nakaz miłowania cudzoziemca.
W tej przestrzeni swoistym pierwowzorem starotestamentalnej gościnności staje się Abraham, przyjmujący trzech posłańców Bożych w pobliżu dębu Mamre (Rdz 18,1-33). On jest wzorem filoksenii, czyli przyjaźni wobec „obcych”.

W przybyłych do Mamre gościach patriarcha ten spotkał samego Boga i usłyszał Jego przesłanie. Chrześcijanie – o czym świadczy starożytny typ ikony Rublowa – w trzech mężach przyjmowanych przez Abrahama, dostrzegli obecność trzech osób boskich.

Do innego przykładu gościnności odwołuje się dzisiejsze opowiadanie związane z osobą proroka Elizeusza i pewną mieszkanką miejscowości Szunem, leżącej ok. 50 km na północ od Samarii. „Była tam kobieta bogata, która zawsze nakłaniała go do spożycia posiłku. Ilekroć więc przechodził, udawał się tam, by spożyć posiłek. […] Powiedziała ona do swego męża: Oto jestem przekonana, że świętym mężem Bożym jest ten, który ciągle do nas przychodzi. Przygotujmy mały pokój górny, obmurowany, i wstawmy tam dla niego łóżko, stół, krzesło i lampę. Kiedy przyjdzie do nas, to tam się uda”.

Warto przypomnieć, że ten sam temat został podjęty znacznie wcześniej, za czasów proroka Eliasza, który był nauczycielem Elizeusza. Można nawet powiedzieć, że w historii Eliasza został on jeszcze dosadniej uwypuklony. Tym razem bowiem nie idzie o bogatą kobietę, ale o wdowę żyjącą w skrajnej nędzy, niemal na progu śmierci głodowej. Również ona – pomimo swej tragicznej sytuacji – okazuje gościnność prorokowi. Gdy Eliasz przybył do Sarepty Sydońskiej, do kraju pogańskiego, spotkał tam wdowę, którą poprosił o kubek wody. „Ona zaś zaraz poszła, aby jej nabrać, ale zawołał na nią i rzekł: ‘Weź, proszę, dla mnie i kromkę chleba!’ Na to odrzekła: ‘Na życie Pana, Boga twego! Już nie mam pieczywa – tylko garść mąki w dzbanie i trochę oliwy w baryłce. Właśnie zbieram kilka kawałków drewna i kiedy przyjdę, przyrządzę sobie i memu synowi [strawę]. Zjemy to, a potem pomrzemy’.
Eliasz zaś jej powiedział: ‘Nie bój się! Idź, zrób, jak rzekłaś; tylko najpierw zrób z tego mały podpłomyk dla mnie i przynieś mi! A sobie i twemu synowi zrobisz potem. Bo Pan, Bóg Izraela, rzekł tak: Dzban mąki nie wyczerpie się i baryłka oliwy nie opróżni się aż do dnia, w którym Pan spuści deszcz na ziemię’. Poszła więc i zrobiła, jak Eliasz powiedział, a potem zjadł on i ona oraz jej syn, i tak było co dzień” (1 Krl 17,11-15). Przyjęcie z wiarą słów „Boga Izraela” sprawiło, że – mimo początkowego oporu – zdecydowała się ona przyjąć Eliasza pod swój dach. Przyjmując zaś tego przybysza w gościnę, przyjęła sługę Słowa Bożego, które to Słowo nie tylko ocaliło jej życie i życie jej syna, ale zaczęło też inaczej kształtować jej przyszłość.

Przy tym wszystkim jest to jednocześnie historia spotkania dwóch różnych religii. Tutaj Hebrajczyk zostaje przyjęty gościnnie przez pogankę, na co później zwróci uwagę Jezus: „Naprawdę, mówię wam: Wiele wdów było w Izraelu za czasów Eliasza, kiedy niebo pozostawało zamknięte przez trzy lata i sześć miesięcy, tak, że wielki głód panował w całym kraju; a Eliasz do żadnej z nich nie został posłany, tylko do owej wdowy w Sarepcie Syjońskiej” (Łk 4,25-26).

W jednym i drugim przypadku (Eliasza i Elizeusza) gościnność została wynagrodzona. Pan Bóg za przyczyną Eliasza ocalił w czasie suszy życie wdowy oraz jej syna. Natomiast bogata kobieta (אִשָׁה גְדוֹלָה), której mąż był już stary, usłyszała od Elizeusza zapowiedź narodzin syna.

Oczywiście, warto też zwrócić uwagę na to, że gościnność i obfita zapłata za nią nie jest w tej historii związana z przyjęciem przypadkowego gościa. Przyjętym pod dach został prorok, „święty mąż Boży” (אִישׁ אֱלֹהִים קָדוֹשׁ; ἄνθρωπος τοῦ Θεοῦ ἅγιος οὗτος)

Motywacja postawy gościnności nawiązywała w Biblii zazwyczaj do faktu, że kiedyś Izraelici byli również obcymi w Egipcie: „Wy kochajcie cudzoziemca, bo sami byliście cudzoziemcami, byliście w ziemi egipskiej” (Pwt 10,19; por Kpł 19,34). Że Bóg miłuje „gości”: „Bóg nie jest stronniczy ani przekupny. On broni sierot i wdów, kocha cudzoziemca, dając mu chleb i odzienie” (Pwt 10,18; Ps 146,9). „Gdy w waszym kraju osiedli się cudzoziemiec, nie będziecie go uciskać. Będziecie go traktować jak każdego mieszkającego tu Izraelitę i będziecie go miłować jak siebie samego…” (Kpł 19,33-34).

Tej motywacji towarzyszyła czasami zachęta do zachowania zdrowego rozsądku, do zachowania czujności i świadomości zagrożeń, jakie mogą się wiązać z gościnnością: „Nie wprowadzaj do domu swego każdego człowieka, różnorodne są bowiem podstępy oszusta” (Syr 11,29). „Przyjmij do domu obcego, a wtrąci cię w zamieszanie i oddali cię od twoich bliskich” (Syr 11,29.34).

Gościnność była więc zasadą generalną, której powinny towarzyszyć reguły ostrożności. Ich wyrazem jest arabskie pouczenie, aby gość cieszył się uprzywilejowanym statusem w twoim domu tylko trzy dni i cztery godziny. Mimo tego cierpiący Hiob wyzna: „Żaden przybysz nie nocował u mnie na dworze, moje drzwi stały się otworem dla wszystkich podróżnych” (Hi 31,32).

  1. GOŚCINNOŚĆ OKAZANA UCZNIOM CHRYSTUSA (Mt 10,37-42)

Podczas, gdy pierwsze z dzisiejszych czytań podjęło temat gościnności okazanej prorokowi, to spory fragment dzisiejszej Ewangelii mówi o gościnności okazywanej apostołom i uczniom Chrystusa. Całość dzisiejszej Ewangelii zawiera 10 obietnic Jezusowych rozpoczynających się od słowa: „kto…” Pięć z tych stwierdzeń dotyczy tematu gościnności świadczonej uczniom Jezusowym i nagrody za taką gościnność.
„Kto was przyjmuje, Mnie przyjmuje;
Kto Mnie przyjmuje, przyjmuje Tego, który Mnie posłał.
Kto przyjmuje proroka, jako proroka, nagrodę proroka otrzyma.
Kto przyjmuje sprawiedliwego, jako sprawiedliwego, nagrodę sprawiedliwego otrzyma.
Kto poda kubek świeżej wody do picia jednemu z tych najmniejszych (ενα των μικρων), dlatego że jest uczniem (εις ονομα μαθητου), zaprawdę powiadam wam, nie utraci swojej nagrody”.
Przyjęcie tych, którzy przychodzą w imię Jezusa: sprawiedliwych, proroków, czy nawet „jednego z tych najmniejszych, dlatego że jest uczniem”, okazanie im szacunku i choćby najmniejszego gestu życzliwości, ma ogromną wartość i będzie źródłem wielkiej nagrody. Nagroda, jaką przyobiecuje Jezus przewyższa o niebo nagrodę przekazana przez proroka Eliasza i Elizeusza. Zamiast życia, zdrowia i potomstwa, Pan Jezus przyznaje w nagrodę samego siebie, przyznaje w nagrodę Boga.
Według żydowskiego prawa bowiem posłaniec cieszył się tym samym szacunkiem co posyłający go, dlatego Jezus stwierdza: „Kto was przyjmuje, Mnie przyjmuje; a kto Mnie przyjmuje, przyjmuje Tego, który Mnie posłał” (Mt 10,40).

W goszczonych osobach przyjmuje się Jezusa, a w Jezusie przyjmuje się Boga samego. „Zaprawdę, powiadam wam: Wszystko, co uczyniliście jednemu z tych braci moich najmniejszych, Mnieście uczynili” (Mt 25,40). „Wszystko, czego nie uczyniliście jednemu z tych najmniejszych, tegoście i Mnie nie uczynili” (Mt 25,45).
Bodajże najjaśniej chrześcijańską odpowiedź na postawiony przez Jezusa problem przedstawia Trzeci List św. Jana: „Ty, umiłowany, postępujesz w duchu wiary, gdy pomagasz braciom, a zwłaszcza przybywającym skądinąd. Oni to świadczyli o twej miłości wobec Kościoła; dobrze uczynisz zaopatrując ich na drogę zgodnie z wolą Boga. Przecież wyruszyli w drogę dla imienia Jego nie przyjmując niczego od pogan. Powinniśmy zatem gościć takich ludzi, aby wspólnie z nimi pracować dla prawdy” (3 J 5-8).

 

  1. GOŚCINNOŚĆ OKAZANA UCHODŹCOM

a. A teraz, po sprawie gościnności wobec proroka i apostołów, nasza gościnność wobec uchodźców i migrantów. W tej kwestii kierunek chrześcijaninowi ukazuje Jezus a nie postanowienia polityki, ekonomii czy kultury. Jezus zaś mówi: „Byłem głodny, a daliście Mi jeść; byłem spragniony, a daliście Mi pić; byłem przybyszem, a przyjęliście Mnie..” (Mt 25,35).

Wyjście naprzeciw temu Jezusowemu wezwaniu nie jest proste. W dzisiejszych czasach bowiem ruchy migracyjne wciąż się nasilają we wszystkich obszarach naszej planety. Uchodźcy i osoby uciekające ze swojej ojczyzny są wyzwaniem dla jednostek i społeczeństw, gdyż kwestionują ich tradycyjny sposób życia, a niekiedy naruszają horyzont kulturowy i społeczny, z którym się stykają. Coraz częściej ofiary przemocy i ubóstwa, porzucające swoje strony rodzinne, doznają zniewag ze strony handlarzy ludźmi na drodze do marzeń o lepszej przyszłości. Nawet, jeżeli uda im się przeżyć nadużycia i przeciwności, to muszą potem liczyć się z rzeczywistością, w której gnieżdżą się podejrzenia i obawy. Na koniec nierzadko napotykają na brak jasnych i skutecznych przepisów prawnych, regulujących ich przyjęcie oraz zapewniających krótko lub długoterminowe formy integracji, z uwzględnieniem praw i obowiązków wszystkich” (por. Orędzie na Światowy Dzień Migranta i Uchodźcy 2016 r.).

Nierzadko te ruchy migracyjne wzbudzają nieufność i wrogość, nawet we wspólnotach kościelnych, zanim jeszcze pozna się historie życia, prześladowań czy nędzy osób, których to dotyczy. W takim przypadku podejrzenia i uprzedzenia stają w sprzeczności z biblijnym przykazaniem, by przyjmować z szacunkiem i solidarnością przybysza będącego w potrzebie.

Tak więc, z jednej strony w sumieniu odczuwamy wezwanie do tego, by konkretnie wypełniać przykazanie miłości, które pozostawił nam Jezus, kiedy utożsamiał się z obcym przybyszem, z człowiekiem cierpiącym, ze wszystkimi niewinnymi ofiarami przemocy i wyzysku. Z drugiej jednak, z powodu słabości naszej natury, doświadczamy pokusy zachowania roztropnego dystansu w stosunku do tych ludzi (por. Evangelii gaudium, 270).

Faktycznie, obecność migrantów i uchodźców staje się poważnym wyzwaniem dla wielu społeczeństw, które ich przyjmują. Muszą one stawiać czoło nowym realiom, które mogą okazać się niewygodne, jeśli nie będą należycie umotywowane, zorganizowane i regulowane. Jak to zrobić, by integracja stała się wzajemnym ubogaceniem, by otworzyła pozytywne szlaki wspólnotom i zapobiegała ryzyku dyskryminacji, rasizmu, skrajnego nacjonalizmu lub ksenofobii? (por. Orędzie na Światowy Dzień Migranta i Uchodźcy 2016 r.).

b. Kościół radzi nam pokonywanie granic i przejścia od postawy obronnej, nacechowanej strachem, brakiem zainteresowania, tendencją do marginalizacji do postawy opartej na ‚kulturze spotkania’, jedynej, która potrafi budować świat bardziej sprawiedliwy i braterski (por. Orędzie na Światowy Dzień Migranta i Uchodźcy 2014 r.).

Na globalizację zjawiska migracji trzeba reagować globalizacją miłości i współdziałania, ażeby stworzyć migrantom bardziej humanitarne warunki. Zarazem należy wzmóc wysiłki, aby stworzyć warunki pozwalające na stopniowe eliminowanie przyczyn, które powodują, że całe społeczności opuszczają swoją rodzimą ziemię, zmuszane do tego przez wojny i nędzę, przy czym często pierwsze są przyczyną drugich (Orędzie na Światowy Dzień Migranta i Uchodźcy 2015 rok).

Migranci są naszymi braćmi i siostrami poszukującymi lepszego życia, z dala od ubóstwa, głodu, wyzysku i niesłusznego podziału zasobów naszej planety, które powinny być rozdzielone równo między wszystkich ludzi. A zresztą czyż nie jest pragnieniem każdego z nas poprawienie własnych warunków życiowych i osiągnięcie uczciwego i słusznego dobrobytu, który by mógł dzielić ze swoimi bliskimi?

Nikt nie może udawać, że nie dotyczą go wyzwania wypływające z nowych form niewolnictwa, jakich dopuszczają się organizacje przestępcze, które sprzedają i kupują mężczyzn, kobiety i dzieci jako przymusowych pracowników w budownictwie, rolnictwie, rybołówstwie lub w innych dziedzinach rynku. Ileż dzieci nadal zmuszanych jest do wstępowania do zbrojnych ugrupowań, które robią z nich dzieci-żołnierzy! Jak wiele osób pada ofiarą handlu organami, wykorzystywania seksualnego i przymusowego żebractwa! Od tych wynaturzonych przestępstw uciekają uchodźcy naszych czasów, którzy podnoszą głos w stronę Kościoła i wspólnoty ludzkiej z nadzieją, że i oni – dzięki wyciągniętym rękom osób ich przyjmujących – będą mogli zobaczyć oblicze Pana, którym jest „Ojciec miłosierdzia i Bóg wszelkiej pociechy” (2 Kor 1,3).

Ważne jest, aby spojrzeć na migrantów nie tylko z punktu widzenia ich regularnego lub nieregularnego statusu, ale przede wszystkim, jako na osoby, które mogą przyczynić się do dobrobytu i rozwoju wszystkich, zwłaszcza, gdy z odpowiedzialnością przyjmują na siebie obowiązki względem tych, którzy ich przyjmują, gdy z wdzięcznością szanują dziedzictwo materialne i duchowe kraju przyjmującego, gdy są posłuszni jego prawom i wnoszą swój wkład w jego wydatki.

Nie można jednak ograniczać migracji tylko do wymiarów politycznych i prawnych, do konsekwencji ekonomicznych i czystego współistnienia różnych kultur na tym samym terytorium.

Są to aspekty uzupełniające ochronę i promocję osoby ludzkiej, kulturę spotkania narodów i jedności, gdzie Ewangelia miłosierdzia inspiruje i zachęca do podejmowania działań zdolnych odnawiać i przekształcać całą ludzkość (por. Orędzie na Światowy Dzień Migranta i Uchodźcy 2016 r.).

Ruchy migracyjne nabrały dziś tak wielkich rozmiarów, że tylko systematyczna i konkretna współpraca, w którą włączyłyby się państwa i organizacje międzynarodowe, może skutecznie je uregulować i nimi pokierować. W istocie, migracje domagają się reakcji wszystkich, nie tylko ze względu na zasięg tego zjawiska, ale także „z powodu problemów społecznych, ekonomicznych, politycznych, kulturowych i religijnych, jakie niosą, ze względu na dramatyczne wyzwania, jakie stawia przed społecznościami poszczególnych krajów i przed wspólnotą międzynarodową” (Caritas in veritate, 62).
ZAKOŃCZENIE

W tym momencie zakończmy nasze dzisiejsze rozważanie słowami modlitwy w intencji uchodźców i migrantów:

Miłosierny Boże, spraw, aby uchodźcy i migranci,
pozbawieni domu, rodziny i wszystkiego, co znajome,
doświadczali Twej pełnej miłości obecności.
Spraw, aby czuli, że towarzyszysz im,
jak towarzyszyłeś Jezusowi, Maryi i Józefowi w wygnaniu do Egiptu.
Prowadź ich do nowego domu i nowej nadziei.
Otwórz nasze serca, abyśmy ich przyjęli
jak nasze siostry i naszych braci,
w twarzach których widzimy Twojego Syna, Jezusa Chrystusa.
Amen.

Wszystkie wyróżnienia w tekście moje.

https://gloria.tv/article/4Hoob3f9uMGrBASMxHkXD2Su6

 

I takie oto moje pytania do Was:

  1. Czy to, co wygłosił ks. abp. (i nie tylko on, niestety), to jeszcze jest duszpasterstwo w duchu katolickim, czy już cyniczna manipulacja polityczna?
  2. Czy część hierarchów katolickich wierzy jeszcze w Jezusa Chrystusa Boga Wcielonego, czy już tylko wykorzystuje instrumentalnie Jego nauki?
  3. Czy świecki katolik ma prawo myśleć samodzielnie, czy też ma udawać, że jest głupi, jak ta przysłowiowa tabaka w rogu?

Ja oczywiście mam swoje odpowiedzi na powyższe pytania.Ciekawa jestem Waszych.

Ku przestrodze!

Pewna kobieta znalazła poranionego węża. Ulitowała się nad nim, wzięła go do domu i przez wiele dni pielęgnowała, leczyła i karmiła.

Pewnego dnia, gdy wąż poczuł się już zupełnie dobrze, nagle ukąsił kobietę.

Dlaczego mnie ukąsiłeś, przecież uratowałam ci życie, opiekowałam się tobą tak długo, aż wyzdrowiałeś? – zapytała kobieta.

Na to odrzekł jej wąż:

Przecież wiedziałaś suko, jak mnie brałaś, że jestem wężem.

 

Moje pytania:

Czy, jeśli ugniemy się pod naciskami moralnych szantażystów, płynacymi nachalnie, czy to z Unii, czy to z serca KK, to pretensje będziemy mieli do nich, do siebie, czy może do „uciekających przed wojną” uchodźców z Bliskiego Wschodu i Afryki?

A może już teraz powinniśmy zaplanować wymianę, europejczycy na Bliski Wschód i do Afryki, a mieszkańcy tamtych rejonów świata do Europy, ale tak po całości?